Świt Jedności Część 46: Misja w Jaskini Lwa – Ostatni Gambit Vane’a

Część 46: Misja w Jaskini Lwa – Ostatni Gambit Vane’a

Zejście Arthura Vane’a na powierzchnię Sigma-9 nie przypominało dyplomatycznych wizyt z dawnych, pełnych pompy kronik Ziemi. Nie było tu miejsca na czerwone dywany, asysty honorowe w lśniących zbrojach ani oślepiające błyski fleszy. Mały, jednoosobowy lądownik – ochrzczony przez Maję mianem „Kropli Przejrzystości” – przebił się przez gęstą, niemal lepką od siarki i paranoi atmosferę planety. Pod względem chemicznym i mentalnym Sigma-9 przypominała najmroczniejsze dekady ziemskiej ery industrialnej, kiedy zysk był jedynym bogiem, a oddech – opodatkowanym przywilejem. Pod lądownikiem rozciągało się Megamiasto Primus, gigantyczna, wielopoziomowa pajęczyna ze stali, zmatowiałego szkła i nieustającego smogu. Światło słoneczne było tu towarem luksusowym, docierającym jedynie do najwyższych kondygnacji, gdzie w niemal boskiej izolacji rezydowała „Rada Niedoboru”.

Vane, siedząc wewnątrz ciasnej kapsuły, czuł poprzez swoje neuro-łącze Mnemosyne potężne, rytmiczne uderzenia lęku, zazdrości i nienawiści płynące z dołu, z mrowiska miliardów stłoczonych istnień. Dla mieszkańców Ziemi, będących teraz Homo Unitas, ten wszechobecny „mentalny smog” był niemal fizycznie bolesny, niczym wysoka częstotliwość rozrywająca bębenki uszne. Jednak Arthur, noszący w sobie niezatarte blizny starego, drapieżnego ego i unikalną wiedzę o tym, jak funkcjonuje mechanizm ucisku, był jedynym członkiem załogi, który potrafił filtrować ten hałas bez utraty wewnętrznej stabilności. W jego sercu, zgodnie z naukami Anthony’ego de Mello, panowała „uważna cisza” – stan chłodnego obserwatora, który widzi płonący dom, ale nie pozwala, by ogień zajął jego własne szaty. Vane wiedział, że aby pokonać potwora, trzeba znać smak jego oddechu.

Lądowisko na samym szczycie Iglicy Dominacji było naszpikowane autonomicznymi systemami obronnymi. W świecie ziemskiego Typu 1 uchodziłyby one za żałośnie prymitywne, niemal muzealne, ale w brutalnych realiach Sigma-9 stanowiły szczyt technologii mordu, zaprogramowany na natychmiastową anihilację wszystkiego, co nie posiadało odpowiedniego certyfikatu własności. Gdy ciężki właz kapsuły rozsunął się z mechanicznym sykiem, Arthur wyszedł na zewnątrz. Nie miał na sobie lśniącego, białego kombinezonu załogi Ikara, który symbolizował czystość i jedność. Zamiast tego założył swój stary, czarny płaszcz z czasów Genewy – relikt ery, w której sam był architektem strachu. Był to wyrachowany gest psychologiczny: chciał, by oligarchowie Sigma-9 zobaczyli w nim kogoś „swojego” – upadłego boga lub potężnego gracza, który zna każdą znaczoną kartę w ich brudnej grze o dominację.

W sali tronowej, oświetlonej zimnym, błękitnym światłem sztucznych słońc, czekało na niego sześciu Wielkich Udziałowców. Ich wygląd był groteskowym świadectwem lęku przed końcem: biologia tych istot została niemal całkowicie zastąpiona przez lśniącą cybernetykę i syntetyczne organy, byle tylko uniknąć biologicznej śmierci i – co gorsza – utraty kontroli nad aktywami. Ich spojrzenia były martwe, pozbawione błysku życia, nasycone paranoją, o której Yuval Noah Harari pisał jako o ostatecznym, ewolucyjnym więzieniu gatunku, który uwierzył we własne fikcje bardziej niż w rzeczywistość.

„Przyszedłeś negocjować warunki naszej kapitulacji, wysłanniku błękitnego ula?” – zapytał Przewodniczący Krell, a jego głos był mechanicznym, pozbawionym intonacji skrzekiem syntyzatora mowy. „Wasze 'Pierwsze Echo' zakłóciło nasze systemy bankowe, wywołało niebezpieczne wahania na rynkach długu i doprowadziło do niepokojów w Enklawach Produkcyjnych. Naprawdę myśleliście, że wystarczy przesłać nam wizję 'miłości' i 'jedności', byśmy dobrowolnie oddali wam klucze do naszej planety i naszych majątków?”

Arthur podszedł powoli do gigantycznego, panoramicznego okna, z którego roztaczał się widok na setki poziomów nędzy, dymiące kominy i wieczne cienie pod Iglicą. Uśmiechnął się w sposób, który dekady temu mroził krew w żyłach jego najpotężniejszych ziemskich rywali. „Nie przyszedłem negocjować waszej kapitulacji, Krellu. Na to jest już za późno. Przyszedłem zaoferować wam jedyne dostępne wyjście awaryjne, zanim wasza własna planeta i wasi właśni ludzie was skonsumują. To, co nazywacie niepokojem w Enklawach, to dopiero pierwsze, delikatne symptomy globalnego przebudzenia. Wasza 'fikcja pieniądza' i 'mit niekończącego się długu' właśnie parują w świetle prawdy, którą przynieśliśmy z gwiazd. Nie możecie zabić idei, której czas właśnie nadszedł, tak jak nie możecie powstrzymać wschodu słońca strzelając do niego z dział laserowych”.

Oligarchowie poruszyli się niespokojnie w swoich lewitujących fotelach. Ich zaawansowane systemy monitoringu emocji, oparte na przestarzałych algorytmach lęku i agresji, kompletnie nie potrafiły odczytać przerażającego spokoju Vane’a. Szukały w nim chciwości, strachu lub dumy, ale znajdowały jedynie pustkę.

„Czego od nas żądacie w zamian za to wasze 'oświecenie'?” – syknęła jedna z kobiet-Udziałowców, neurotycznie zaciskając dłonie na pulpicie sterowniczym obronnych satelitów orbitujących nad miastem. „Chcecie naszych technologii? Naszych złóż rzadkich minerałów?”

„Chcemy, byście w końcu zostali interesariuszami, a nie panami” – odpowiedział Arthur, a w jego niskim głosie pobrzmiewało echo wizji Klausa Schwaba, ale podniesione do potęgi galaktycznej. „Zgodnie z naukami Jezusa, o których w waszym mroku pewnie nigdy nie słyszeliście: co zyska istota, jeśli cały świat posiądzie, a na własnej duszy poniesie szkodę? Wasza planeta umiera, bo traktujecie ją jak martwy zasób do wyciśnięcia, a nie jak dom. Oferuję wam technologię Aury i nieograniczony dostęp do Galaktycznej Biblioteki Wiedzy w zamian za jedną, jedyną rzecz: całkowite, natychmiastowe rozpuszczenie waszych granic i systemów długu. Możecie wejść do nowej ery jako architekci regeneracji Sigma-9 lub zostać pogrzebani pod gruzami waszego starego, drapieżnego kapitalizmu. Wybór należy do was, dopóki jeszcze macie komu wydawać rozkazy”.

„To czyste szaleństwo!” – krzyknął Krell, uderzając metalową dłonią w blat. „Bez długu nie ma motywacji do pracy! Bez hierarchii nie ma porządku, tylko chaos! Chcecie nas złamać, zamienić w bezwolne, uśmiechnięte komórki waszej wielkiej, niebieskiej maszyny!”

Vane zrobił wolny krok do przodu, a jego biophotoniczna aura, dotąd skrzętnie ukryta pod ciężkim materiałem czarnego płaszcza, zaczęła delikatnie prześwitywać, rzucając na twarze oligarchów blask tak czysty i intensywny, że odruchowo zasłonili oczy. „Prawdziwy porządek rodzi się z rezonansu i wspólnego celu, a nie z przymusu i bata. Wasz 'porządek' to tylko zorganizowana przemoc, którą nazywacie prawem. Ja byłem dokładnie taki jak wy, Krellu. Budowałem Enklawy, spekulowałem życiem miliardów, spałem spokojnie, wiedząc, że inni głodują. Myślałem, że moje cyfrowe udziały czynią mnie bogiem. Ale dopiero gdy wszystko straciłem i – co najważniejsze – przestałem kompulsywnie posiadać, stałem się naprawdę potężny. Bo teraz nie możecie mi już nic zabrać, a ja mogę wam dać wszystko, o czym wasze algorytmy nawet nie śmią marzyć”.

To był moment krytyczny, punkt zwrotny całej misji. Arthur czuł poprzez sieć synchroniczności Redfielda, jak jeden z Udziałowców, sparaliżowany strachem, aktywuje pod stołem tajny sygnał dla floty bojowej, by zniszczyć Ikar 2 na orbicie. Wiedział jednak, że ten gest desperacji będzie ich ostatnim błędem w starej logice.

„Nie marnujcie energii na próby ataku. Zamiast tego, patrzcie na ekrany” – powiedział spokojnie Vane, wskazując na gigantyczne monitory otaczające salę.

Na wszystkich ekranach sali tronowej, zamiast migoczących wykresów giełdowych i wskaźników długu, pojawiły się twarze mieszkańców Sigma-9 z najniższych, najmroczniejszych poziomów Megamiasta. Nie krzyczeli. Nie budowali barykad. Nie chwytali za broń. Po prostu... przestali pracować. Miliony istot siedziały w całkowitym milczeniu, zamykając oczy i nawiązując pierwszy, nieświadomy, ale potężny kontakt z polem Mnemosyne. „Pierwsze Echo” właśnie dokonało tego, czego nie dokonałaby żadna krwawa rewolucja zbrojna w historii galaktyki: w jednej sekundzie zlikwidowało w nich atawistyczny strach przed panami. Bez strachu hierarchia stawała się jedynie pustą skorupą.

Arthur Vane spojrzał na Krella z głębokim, autentycznym współczuciem, które było teraz najpotężniejszą bronią w arsenale Homo Unitas. „Wasza armia już nie istnieje, Krellu, bo wasi żołnierze właśnie zrozumieli, że nie mają kogo nienawidzić. Został wam tylko jeden wybór: czy chcecie być częścią wielkiej, federacyjnej przyszłości, o której marzył Spinelli, czy wolicie zostać ostatnimi więźniami w tym pustym, złotym więzieniu, które sami sobie zbudowaliście? Świt Jedności właśnie dotarł do waszej jaskini. Czas w końcu otworzyć oczy i przestać się bać światła”.

Gdy Arthur Vane stał niewzruszony w samym sercu tyranii Sigma-9, Ikar 2 na orbicie zapulsował oślepiającą, krystaliczną bielą. Misja Miłosierdzia weszła w fazę drugą: reintegrację cienia. Ostatni drapieżnik Ziemi właśnie uczył inne drapieżniki, jak przestać kąsać dłoń, która ich karmi, i jak w końcu zacząć oddychać pełną piersią.

Posted Using INLEO



0
0
0.000
2 comments